|
Katarzyna Hołda 26.07.2006
Cud Świętego Obrazu
W naszym mieście na rynku stoi fara Marii Panny. W bocznym ołtarzu fary wisi obraz Madonny
z Dzieciątkiem. Kochaliśmy naszą Matuchnę z obrazu. Obnosiliśmy ją w procesjach i obwieszali
wotami. Co roku dzieci od Pierwszej Komunii oddawały się jej w opiekę. Każdego lata obraz
wędrował po domach parafian. Oczywiście nie każdy wierny mógł go u siebie gościć. Obraz
przychodził najwyżej do jednego mieszkania na całą klatkę schodową, a inni mieszkańcy mogli
go wtedy odwiedzać codziennie od trzynastej do dwudziestej. Matuchna wysłuchiwała nasze
modlitwy i zanosiła je do swego Syna, chroniła nas swym płaszczem i była nam pocieszeniem.
No tak, niby było nam dobrze z naszą Matulą... Ale nie do końca. Bo ona n i g d y nie
dokonała żadnego cudu. To było niesprawiedliwe. Lourdes miało swój cud i Jasna Góra go
miała, i tysiąc innych miast, nawet mniejszych od naszego, gdzie Matki Boże płakały,
krwawiły, objawiały się na wzgórzach, na drzewach i na oknach. Chcieliśmy wierzyć, że nasza
Matka Boska nie jest gorsza od innych Matek Boskich, ale co tu kryć, w głębi duszy czuliśmy
pewien dyskomfort i ciągle czekaliśmy z jej strony na coś, co umocniłoby naszą wiarę.
Ale nadszedł dzień, w którym poniewczasie doceniliśmy to, co mieliśmy. To była niedziela.
I właśnie w tę niedzielę, w kościele pełnym ludzi, w czasie Mszy Świętej, nasza Maryjka
nagle zaczęła się śmiać. Śmiała się głośno, prosto w twarz oniemiałym wiernym. Ksiądz
wstrzymał oddech i patrzył na nią przerażony. A ona rżała jak facet i wyraźnie było widać,
że ma trochę krzywe zęby.
Pomyśleliśmy sobie, że to jakaś pomyłka, która się więcej nie powtórzy, ale się
myliliśmy. Od tamtej niedzieli co tydzień było to samo.
Byliśmy skonsternowani. Przede wszystkim, Matce Boskiej, matce, która tyle wycierpiała,
która mdlała pod Krzyżem, nie wypada się teraz śmiać, a już na pewno nie w kościele. Poza
tym naprawdę nie ma z czego. Coraz bardziej grzeszymy, modlimy się coraz mniej. Księża chcą
się kochać, na Zachodzie kryzys powołań. Chyba najwyższy czas, żeby Matka Boska pokazała,
co o tym myśli - zapłakała krwią, potrząsnęła różańcem, rozbłysła nieziemskim światłem...
Zresztą, wszystko jedno, co! Niech się nawet uśmiecha, proszę bardzo! Niech się
macierzyńsko, wyrozumiale, ciepło a zarazem trochę smutno uśmiechnie! Od razu zrozumiemy,
że ona nas kocha, chociaż my ranimy jej serce. Ale niech nie rży.
Dzieci bardzo polubiły śmiejącą się Maryjkę. Podchodziły blisko obrazu i śmiały się
razem z nią, ale przekonaliśmy je szybko, że to jest bardzo niedobre. Odtąd, gdy Matulka
się śmiała, dzieci bały się i chowały za plecami rodziców.
Proboszcz musiał się tłumaczyć w kurii.
Próbowano przekonywać nas, że to tylko złudzenie, ale nawet ci, co nas przekonywali,
nie wierzyli w to, co mówią. Egzorcyzmy też nie pomogły.
- Dlaczego ona nas tak traktuje?...
Taka kompromitacja... - smuciliśmy się.
Tymczasem Maryja śmiała się dalej, a którejś niedzieli roześmiało się też jej
Dzieciątko.
- No, nie. - załamaliśmy się - Jeszcze w dodatku dziecko nauczyła.
Próbowano tłumaczyć, że to taki śmiech przez łzy, łzy żalu nad nami i naszym upadkiem,
ale tam nie było żadnych łez, wszyscy dobrze widzieli.
Rzecz przedostała się do mediów, a nam było tak strasznie wstyd...
Pewnego dnia po "Wiadomościach" o naszej Matuchnie mieli dyskutować socjolog, psycholog
społeczny i jezuita. Zebraliśmy się całymi rodzinami, pozapraszaliśmy przyjaciół i
włączyliśmy telewizory.
Jezuita przemilczał całą dyskusję. Socjolog z psychologiem powiedzieli, że jako ludzie
nawet by chcieli wierzyć w cuda, ale jako naukowcy muszą patrzeć na rzeczywistość chłodnym
okiem materialisty i poszukiwać racjonalnych odpowiedzi na najbardziej irracjonalne pytania.
- Wydarzenie w farze byłaby to jakaś forma zbiorowej autosugestii, projekcji ludzkich
pragnień. - doszli do wniosku.
- Bo ludzie nie chcą już Boga, który jest nieprzystępny, karze i stawia wymagania.
Ludzie nie chcą Matki Boskiej - cierpiącej, bezgrzesznej, idealnej postaci, której nie da
się dorównać. - wyjaśnili.
- W dzisiejszych postmodernistycznych czasach ludzie chcą się bawić. Chcą Boga -
partnera, Boga - kumpla, którego można klepnąć w plecy, z którym można pójść na piwo,
który ma takie same problemy, jak my. Ludzie chcą Matki Boskiej - dziewczyny z sąsiedztwa.
Chcą Maryśki Kowalskiej, która się powygłupia, czasami może popełni jakieś faux pas, może
ma te krzywe zęby albo inną skazę na urodzie, ale jest świeża, młoda, spontaniczna,
jak dziewczyna z girls bandu.
I to właśnie była ta kropla, która wypełniła kielich naszej goryczy.
- Jeszcze raz spróbuje i odejdziemy od kościoła. - zabluźniliśmy. - A poza tym już nigdy
w życiu nie nazwiemy jej królową Polski. O, nie. Dla nas Matka Boska się skończyła jako
królowa. I jako matka.
Biskup oznajmił, że jeśli Matka Boska znów się roześmieje, to on każe spalić obraz,
zlikwiduje parafię, a proboszcza wyśle na misję do Rosji.
Na najbliższej mszy pojawiły się tłumy. Byli hierarchowie, prości księża, dziennikarze.
Wszyscy patrzyliśmy na obraz i czekali... I wtedy zdarzył się cud! Prawdziwy cud! Obraz
zapłakał! Zapłakał łzą, którą natychmiast zmierzono. Miała dwa centymetry osiem milimetrów
długości i centymetr dwa milimetry szerokości. Potem zapłakał krwią. W kościele zapanowała
euforia i wzruszenie. Nareszcie, nareszcie Matka zapłakała nad naszymi grzechami, a
skoro płacze krwią, nasze grzechy muszą być naprawdę straszne!
Proboszcz, obraz i parafia byli uratowani. Zaczęły przyjeżdżać pielgrzymki. Niedaleko
fary wybudowano płatny parking dla autokarów.
Na rynku przed kościołem i w pobliskich ulicach pojawiły się kramy i sklepy z
dewocjonaliami. Hitem stał się płaczący obrazek naszej Matuchny. Z tyłu miał dwa zbiorniczki
i pompkę. Zbiorniczek z wodą był połączony z prawym okiem Matuchny, a zbiorniczek z sokiem
malinowym - z lewym. Po naciśnięciu pompki ciecze wypływały z oczu Maryi, przy czym prawe
oko płakało łzami, a lewe - jakby krwią...
Rekordy popularności biła też obrotowa figurka papieża - Polaka. Po włożeniu baterii cokolik, na
którym stał papież, obracał się i błyskał światłami, a sam papież unosił prawą rękę w
geście swego papieskiego powitania.
Wybaczyliśmy naszej Maryjce. Kochamy ją jak dawniej, obnosimy w procesjach,
obwieszamy wotami, oddajemy się jej w opiekę i gościmy ją w domach. Tylko czasami w
modlitwach prosimy ją gorąco, aby przypadkiem nie próbowała już więcej zwracać na siebie
uwagi. A gdy mamy ochotę na jakiś cud, jedziemy do Medjugorie.
|