|
Katarzyna Hołda 10.06.2006
Lepsze perspektywy
„Z Polski trzeba jak najszybciej spieprzać, bo tu nie ma perspektyw”. To bardzo często powtarzane zdanie. Ale może zacznijmy od pytania, o jakie perspektywy chodzi? Czyżby o wielką karierę, albo przynajmniej o lepszą pracę w swoim zawodzie?
Jest bardzo duża grupa polskich robotników, którzy się w swoich robotniczych zawodach zatrudniają za granicą- i całkiem słusznie, tam są dużo lepiej opłacani. Poza tym mają szansę się sporo nauczyć, więc jak wrócą (a przynajmniej część z nich), to będziemy mieć z ich wyjazdu korzyści na miejscu. Ale mi nie chodzi o robotników, tylko o inteligentów, bo to od nich słyszę narzekania.
Osoba, która wyjeżdża do pracy za granicę, jest gotowa wykazać się wielką determinacją i pomysłowością, żeby tę pracę znaleźć. Polski student albo magister w Anglii całymi dniami chodzi od baru do baru, aż go w końcu zatrudnią przy zmywaniu naczyń. Myślę, że gdyby ten sam magister szukał pracy równie uparcie w Polsce, to by ją znalazł. Może nie zawsze w wymarzonym zawodzie, ale jednak bliższą jego wykształceniu, niż praca w knajpie. Ludzie uważają za naturalne, że za granicą trzeba włożyć wysiłek w zdobycie nawet prostej pracy fizycznej, podczas, gdy w Polsce bez kiwnięcia palcem powinno się należeć dobre stanowisko i wysoka pensja. Niby dlaczego? Tak nie wolno myśleć.
Prawda, że tu jest bezrobocie i trudno znaleźć pracę- to frustruje, ale nie jest niemożliwe. Wszyscy moi znajomi po studiach gdzieś pracują. Jedni mają świetną pracę, inni taką sobie, jedni ją znaleźli sami, innym ktoś pomógł. Jak wszędzie, nie tylko w Polsce. Prawda, że za granicą zarabia się wielokrotnie więcej. Ktoś wykształcony, sprzątając w hotelu w Londynie zarobi lepiej, niż w Polsce wykonując swój inteligencki zawód (najpierw włożywszy duży wysiłek w to, żeby się w ogóle zatrudnić). Wielu ludzi po studiach jest zmuszonych w ten sposób zarabiać. Ale jest też wiele osób, które nie przymierają głodem. Wyjeżdżają na przykład do pracy wakacyjnej, żeby szybko zarobić duże pieniądze. Wydają je w Polsce na jakiś większy zakup, albo żyją za nie przez następne pół roku. Więc chodzi o względy finansowe i o większą łatwość znalezienia pracy. Nie o to, że tu w ogóle nie ma możliwości działania.
Jeden z moich znajomych rzucił pisanie doktoratu i wyjechał do Starej Unii, gdzie założył firmę budowlaną. Nie zrobił tego z braku perspektyw- zajmowanie się pracą naukową to, przynajmniej moim zdaniem, całkiem niezła perspektywa. Zwłaszcza, że chłopak zdolny i mógłby sporo zdziałać w swojej dziedzinie. Po prostu, jak myślę, bardziej go kręci ryzykowny zawód biznesmena niż bezpieczny naukowca i takiego dokonał wyboru. Ale był to wybór między dwiema różnymi perspektywami, a nie między perspektywą a jej brakiem. Kierowały nim też względy finansowe, to oczywiste. Ale nie był to też bynajmniej wybór między śmiercią głodową, a szansą przetrwania. Jakoś facet przez dwa lata studiów doktoranckich z głodu nie umarł. Inna znajoma nawet nie próbowała znaleźć pracy w swoim zawodzie w Polsce. Zaraz po studiach wyjechała i „zaczepiła się” przy sprzątaniu w hotelu, co jej bardzo poprawiło humor. Po jakimś czasie była jeszcze szczęśliwsza, bo udało się jej rozwinąć skrzydła. To znaczy, znalazła posadę sprzątaczki w jeszcze kilku domach prywatnych. Podczas wizyt w Polsce opowiadała o swoich wrażeniach z zagranicy- na przykład, że w hotelu kibel się myje poszewką na poduszkę. Ona też nie uciekła przed brakiem perspektyw. W ogóle nie szukała żadnych perspektyw w Polsce, bo nie była tym zainteresowana. Jej celem były pieniądze, a nie rozwój zawodowy czy ciekawsze życie. Pojechała tam, gdzie mogła zarobić jak najwięcej jak najmniejszym wysiłkiem. (Tak, tak, wiem, że sprzątanie jest bardzo ciężką pracą. Zapewniam, że uczenie albo koordynowanie projektów też, a właśnie na coś takiego mogłaby liczyć w Polsce.) A więc znów- wybór, a nie dramatyczna konieczność życiowa.
Gazeta Wyborcza robi teraz akcję- kilkoro młodych dziennikarzy wyjechało do różnych europejskich miast do pracy. Oczywiście fizycznej. Dlaczego opiniotwórczy dziennik podtrzymuje panujące tu przekonanie, że inteligent, który pracuje fizycznie za granicą, dokonuje awansu społecznego? Jakby znalezienie pracy w barze w, dajmy na to, Barcelonie czy Dublinie było większym osiągnięciem, niż skończenie studiów w Polsce, pisanie do gazety w Polsce, uczenie i leczenie w Polsce i tak dalej. Przecież nie jest. Jest tylko lepiej płatne, ale dopóki jakąkolwiek pracę za granicą będziemy szanować bardziej, niż inteligencką pracę w Polsce, no to te inteligenckie zarobki będą takie, jakie są. Dlaczego Wyborcza nie zachęca ludzi, żeby za granicą szukali pracy zgodnie ze swoim wykształceniem? Są młodzi polscy architekci, którzy pracują w zawodzie za granicą. Tak samo na przykład plastycy czy, jak mój kolega, biznesmeni. Dlaczego Gazeta Wyborcza nie wysłała swoich dziennikarzy, żeby poszukali pracy w zachodnich gazetach? Chyba znają oni jakieś obce języki? Niewykonalne? A skąd wiadomo, dopóki się nie spróbuje? I zarobki byłyby większe, niż przy malowaniu ścian… Chyba, że chodzi o ten romantyzm sytuacji- na obczyźnie, z farbą chlapiącą na twarz, z mlekiem w kartonie i konserwą na stosiku cegieł.
Myślę, że wiele osób chce pracować za granicą także dlatego, że jest to traktowane bardzo prestiżowo. Uważa się, że takie osoby są przedsiębiorcze, inteligentne, odważne, sprytne. Z drugiej strony, zupełnie się nie docenia np. młodego lekarza czy nauczyciela, który pracuje za 800 zł miesięcznie. Co z tego, że wykonuje bardziej odpowiedzialny, trudniejszy zawód, niż kelner czy goniec, skoro nie ma sprytu, żeby „się ustawić”.
Czyli te „perspektywy”, których nam tu brak, to tak naprawdę najprostsza fizyczna praca, która nie wymaga żadnych kwalifikacji. Dla obywateli tamtych krajów w ogóle nie jest prestiżowa i nie byłaby też prestiżowa dla Polaka w Polsce. Zresztą wróćmy jeszcze na chwilę do polskich robotników za granicą. Ktoś taki, wybierając się na przykład do Norwegii, znajduje sobie pracę przy remontach. Nie interesuje go zamiatanie ani wyprowadzanie pieska na spacer, bo to jest poniżej jego kwalifikacji. Gdyby miał tak pracować, to pewnie by się frustrował, że spadł w hierarchii społecznej. Natomiast moja znajoma po studiach była z siebie tak dumna, kiedy udało się jej znaleźć pracę hotelowej sprzątaczki. Chyba coś tu jest nie tak. Większość feministek by powiedziała, że kobiety są nauczone oczekiwać od życia mniej, niż mężczyźni. To też, ale moim zdaniem pokazuje to jeszcze jedną rzecz- że polscy inteligenci uważają, że im się należy mniej, niż robotnikom.
Każdy ma prawo pojechać za granicę i mieć tam pracę, jaką chce. Bardzo dobrze, że to prawo w końcu mamy. Korzystajmy z niego jak najwięcej, wyjeżdżajmy się uczyć, pracować i zwiedzać.
Ale jeśli czegoś chcemy, to chciejmy dużo, nie poniżej naszych możliwości. Nie myślmy, że „tu się nie da nic, więc uciekajmy stąd, żeby mieć cokolwiek”. Co to znaczy? Tu się coś jednak da, więc jak już wyjeżdżamy, to po więcej, niż cokolwiek.
|